Sobota, 13 lipca 2024 r. 
REKLAMA

Ile Rosji jest w Polsce?

Data publikacji: 2024-02-11 10:00
Ostatnia aktualizacja: 2024-02-22 12:38

Odpowiadając na zadane w tytule pytanie, można na szczęście odpowiedzieć: niewiele. O ile, co pokazałem w poprzednim felietonie, na przestrzeni kilku wieków współistnienia Polska wywarła na Rosję przemożny wpływ kulturowy, cywilizacyjny czy polityczny, stając się między innymi pomostem na Zachód, o tyle w drugą stronę to raczej nie zadziałało.

Kiedyś od pewnego publicysty o poglądach antykomunistycznych usłyszałem, że w zasadzie może i byłoby lepiej, gdyby Polska, zamiast Peerelem, stała się kolejną republiką sowiecką. Łatwiej byłoby rozliczyć komunistyczną przeszłość. Kompletnie się z tą tezą nie zgadzam. Gdyby Polska weszła w skład ZSRR, mielibyśmy: język rosyjski jako drugi urzędowy, sowiecką symbolikę oraz rosyjskojęzycznych urzędników wraz z rodzinami, przysłanych z centrali. W spadku po czerwonym imperium otrzymalibyśmy problem, z którym zmaga się wiele byłych republik, nie tylko Ukraina. Czyli sporą diasporę rosyjską. Obrona jej interesów dawałby Rosji pretekst do interwencji, być może nawet zbrojnej. Poza tym nagle by się okazało, że w Polsce pewna część wyborców to wielbiciele Putina. I politycy z tą częścią elektoratu musieliby się liczyć. Na szczęście tak się nie stało. Dziś żadna poważna siła w Polsce nie opowiada się za porozumieniem z Kremlem. „Ruski agent” to bodaj najcięższa obelga w debacie publicznej, co czasem prowadzi do absurdu i paranoi, ale też sprawia, że jesteśmy impregnowani na ukąszenie kremlowskie.

Skądinąd słuszna niechęć do Rosji czasem przybiera nad Wisłą karykaturalne rozmiary. Nawet już pierogi nie mogą być ruskie, tylko ukraińskie. A przecież ich tradycyjna nazwa odsyła nie do Rosji, tylko do Rusi. Czyli do wspólnego dziedzictwa wszystkich wschodnich Słowian. W tym Ukraińców. Z typową dla siebie tendencją do popadania z jednej skrajności w drugą skrajność albo coś kochamy i chcemy poznawać, albo nienawidzimy i nie chcemy mieć z tym czymś nic wspólnego. Tak jest z kulturą i językiem rosyjskim. Albo szukamy na siłę „dobrych Rosjan” i udajemy, że na Ukrainę w pojedynkę napadł sam Putin, zaczytujemy się bezkrytycznie w Dostojewskim, albo chcemy wszystko, co rosyjskie, cenzurować, odrzucać, ignorować. Fascynacja autorem „Zbrodni i kary” jest zrozumiała, bo to wielki pisarz był. Ale już czynienie zeń autorytetu dla prawicy to nieporozumienie. Bo rosyjski konserwatyzm z polskim czy zachodnim nie ma zbyt wiele wspólnego, a nienawiść do Polaków czyniła z Dostojewskiego typowego przedstawiciela propaństwowej elity w dawnym imperium. A nienawidził nas za to, jak bardzo jesteśmy od Rosjan różni. Za brak pokory, dumę, zarozumiałość, indywidualizm i gen buntu. Można jednak przecież Dostojewskiego czytać, ale z krytycznym dystansem. Ze świadomością, że wielka kultura może też popychać do wielkiej zbrodni. No literatura Rosji to nie tylko piewcy imperium, ale również (czasem) piewcy wolności. Podobnie jest ze współczesną rosyjską opozycją, która nie jest ani tak liberalna i europejska, jak to się wydaje „Gazecie Wyborczej”, ani tak nacjonalistyczna, jak uważają niektórzy. Nie chce wojny, nie cierpi Putina i chce dobrych relacji z Zachodem, ale chce, by jej kraj był wielki. Nie jest też tak, jak twierdzą nasi rodzimi antykomuniści, że dobra, biała Rosja była okupowana przez złych komunistów. Bolszewizm był zjawiskiem bardzo rosyjskim. Wszedł w buty rodzimego kolektywizmu i imperializmu, zaś wiarę w Boga zastąpił wiarą w Marksa, Lenina i Stalina. A dla Rosjan, inaczej niż dla Polaków, nie jest ważny światopogląd czy ustrój państwa. Najważniejsze, by Rosja była wielkim, ekspansywnym imperium. Białym, czerwonym czy brunatnym – nieważne. Byle wielkim.

Nie ma sensu udawać, że całe zło Rosji czai się na Kremlu. Ale trzeba też dostrzegać tych nielicznych, naprawdę dobrych Rosjan. Jeden z najbardziej znanych mieszka zresztą w Polsce, ożeniony z polską aktorką. Gdy zatrzymano Nawalnego, pikietował samotnie pod rosyjską ambasadą w Warszawie. Gdy wybuchła wojna, ostro krytykował swój kraj, przez co w końcu dostał zaoczny wyrok więzienia. Ma już polskie obywatelstwo. Rosyjskiego bezskutecznie próbował się zrzec. Choć potępia politykę kraju i życzy mu klęski, to pochodzenia, kultury i języka się nie wyrzekł. Jest najwybitniejszym współczesnym dramaturgiem rosyjskim i znanym na całym świecie reżyserem teatralnym. A w Warszawie pomaga uchodźcom z Ukrainy. Reżyseruje spektakle z ich udziałem. Im więcej w Polsce będzie takiej Rosji, jaką uosabia Iwan Wyrypajew, tym lepiej.

Maciej PIECZYŃSKI

Komentarze

Ja
2024-02-22 11:51:34
Świetny tekst. Pozdrowienia dla Pana Doktora.
@Edmund
2024-02-14 20:48:41
Przecież szarpiemy się. Ostatnio zażądali prawa uczestnictwa w polskich wyborach samorządowych i ich ziom z Akcji Wisła Bodnar (służbowo minister sprawiedliwości) już rezonuje na tak.
Edmund
2024-02-13 21:18:14
Diaspora Rosyjska. I tu słowa uznania dla władz PRL za "akcje Wisla".Gdyby nie te mądre posunięcie,to do tej pory,poczynając od roku 1989,szarpali bysmy sie z ludźmi z tamtych stron.

Dodaj komentarz

HEJT STOP
0 / 500