Niedziela, 21 lipca 2024 r. 
REKLAMA

Na Kremlu bez zmian

Data publikacji: 2024-03-17 10:07
Ostatnia aktualizacja: 2024-03-17 10:07

Słynny ukraiński kabaret „Kwartał 95”, w czasach, gdy jeszcze jego liderem był późniejszy prezydent Zełenski, w jednym ze skeczów wyśmiewa „wybory Putina Federacji Rosyjskiej”. Nie prezydenta, ale Putina właśnie. Ten celny żart dobitniej, niż całe tomy analiz politologicznych, opisuje charakter nie tylko systemu władzy na Kremlu. Więcej: to wyczerpujący obraz historii, teraźniejszości, a najprawdopodobniej także przyszłości politycznej Rosji w ogóle.

Silna, scentralizowana, despotyczna, mocno spersonalizowana władza, skupiona w ręku jednej osoby, obdarzonej mniejszym lub większym kultem. Kiedyś to był wielki książę, potem car, imperator, potem sekretarz generalny partii, wreszcie – prezydent. Ale stanowisko było drugorzędne. Najważniejsze było nazwisko tego, kto dumnie nosi – metaforyczną lub realną – czapkę Monomacha. Skoro rządzi Putin – to, parafrazując tytuł świetnej książki Barbary Włodarczyk, Rosjanie chcą „takiego jak Putin”, wieszają wszędzie obrazy z wizerunkiem Putina, kupują gadżety z wizerunkiem Putina, a w wyborach – to chyba oczywiste – głosują na Putina. I teraz też zagłosują, to oczywiste. Wielce prawdopodobne, że zwycięstwo odniósłby, nawet gdyby nie było fałszerstw. Ale one będą – bo triumf musi być okazały.

Dlatego już dziś, dwa dni przed wyborami Putina w Rosji, można powiedzieć, że nowym Putinem zostanie Putin. Opozycja zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Dlatego Julia Nawalna wzywa do nieuznania z góry znanych wyników wyborów. Dlatego zwolennicy jej zmarłego męża, zamiast agitować za konkretnym kandydatem, zapowiadają, że przyjdą pod lokale wyborcze równo w południe. Ich karty do głosowania i tak nic nie zmienią, więc przynajmniej pokażą swój sprzeciw samą obecnością o konkretnej godzinie… Zresztą, za którym kandydatem mieliby agitować, skoro wszyscy „rywale” Putina są tak naprawdę jego cichymi sojusznikami, tzw. spojlerami, albo „kandydatami technicznymi”, których zadaniem jest zebrać głosy „systemowej opozycji” i poudawać demokrację? Tak, tak, demokrację. Bo nawet car od czasu do czasu musi demonstracyjnie odwołać się do woli ludu. W czasach najokrutniejszych carów rosyjskich odbywały się Sobory Ziemskie, na których biedna szlachta miała swój skromny udział w podejmowaniu najważniejszych decyzji.

A ten, który miał być „kandydatem technicznym”, ale podejrzanie za bardzo urósł w oczach Rosjan z powodu bardzo umiarkowanie antywojennych haseł, teraz ma problemy. We Władywostoku aresztowano szefa sztabu wyborczego Borysa Nadieżdina. Zatrzymano też kilku współpracujących z nim wolontariuszy. Putin dokręca śrubę nawet tam, gdzie nie musi.

Pomysłodawca wspomnianej powyżej akcji „Południe przeciwko Putinowi” Maksym Rieznik stwierdził niedawno, że jeśli Rosjanie masowo przyjdą na wybory w samo południe, to świat się przekona, że Rosja to nie Putin. A wtedy nawet osiemdziesięciopięcioprocentowy wynik, jaki ponoć władca Kremla chce sobie narysować, nie zrobi na nikim wrażenia. Bo wszyscy będą dyskutować o akcji opozycji. „To będzie nasze Borodino” – twierdzi Rieznik. Chodzi o bitwę, w której Napoleon pokonał Rosjan, ale poniósł tak ciężkie straty, że jego porażka w wojnie stała się kwestią czasu. Według opozycjonisty sukces akcji może coś zmienić. Tak jak coś zmieniły kolejki Rosjan, ustawiające się, by podpisać listę poparcia dla kandydatury Nadieżdina. Albo tak jak coś zmieniły tłumy Rosjan na pogrzebie Nawalnego.

Tyle że to wszystko iluzja. W Rosji nic nie zmieniła ani próba kandydatury Nadieżdina, ani śmierć Nawalnego. Nic też nie zmieni żaden protest w dniu wyborów. Po pierwsze, tłumy Rosjan, popierające Nadieżdina, żegnające Nawalnego czy protestujące przeciwko Putinowi, to wciąż garstka w skali całego kraju. Garstka, o której działaniach, owszem, dowie się cały świat, ale już nie Rosja. Bo państwowe media ową garstkę albo zignorują, albo zmieszają z błotem. A zwykli Rosjanie i tak wolą cara niż bojarów. ©℗ 

Maciej PIECZYŃSKI

Dodaj komentarz

HEJT STOP
0 / 500